czwartek, 9 kwietnia 2009

kurczak pieczony wg nigelli lawson


zaniedbałam bloga, biję się w piersi, ale to głównie przez to, że od początku roku jestem na diecie dukana i nic porywającego w kuchni nie wyczarowuję. z dzieśmi zaś piekliśmy a to pizze, a to małe ciasteczka - czyli nihil novi:)
coby jednak blog tak całkiem odłogiem nie leżał, wrzucam przepis na kurczaka pieczonego, zaczerpnięty z książki nigelli lawson "nigella gryzie". takiego kurczaka piekę dosyć często, mogę go bowiem jak najbardziej jeść na diecie, którą stosuję. a i rodzinka się posili.



całego kurczaka należy położyć piersiami do dołu i - ostrym nożem lub nożycami kuchennymi - przeciąć wzdłuż kręgosłupa, najpierw z jednej, potem z drugiej strony, a następnie wyłamać kręgosłup. potem odwrócić kurczaka i mocno nacisnąć ręką, aby się spłaszczył. tak przygotowanego marynować jak najdłużej w sosie z: jednej limonki (lub cytryny), dwóch zmiażdżonyh ząbków czosnku, ziół (ja dałam rozmaryn i cząber). kolejny składnik to 100 ml oliwy, ja dałam symbolicznie, aby powstała gęsta pasta (bo generalnie wszelkie tłuszcze sa na diecie dukana zakazane). posmarowałam kurczaka, włożyłam do miski, przykryłam folią spożywczą i odstawiłam do lodówki. potem posypałam solą morską i upiekłam bez przykrycia w piekarniku z termoobiegiem nastawionym na 240 stopni. nigella radziła 35 minut, ale po tym czasie jeszcze nie był w pełni upieczony, piekłam go około godziny, ostatnie dziesięc minut mocno przypiekając od góry, bo uwielbiam rumianą chrupiącą skórkę.
po wyjęciu z piekarnika posypałam drobno posiekaną natką. PYCHA!

sobota, 17 stycznia 2009

pommes duchesse


my te kartofelki nazywamy "a la marion", bo przepis zaczerpnełam ze strony marions-kochbuch. ten sposób podania ziemniaków jest bardziej pracochłonny niż banalne puree, ale jakże efektowny.
składniki: pół kilograma ziemniaków, sól, czubata łyżka masła, dwa żółtka, 2 łyżki mleka. ziemniaki ugotować do miękkości w osolonej wodzie. odcedzic i zgnieść praską na puree, dodając masło i podgrzane mleko. potem dodać jedno żółtko i delikatnie wymieszać łyżką (już nie rozgniatać praską, bo masa zrobi się za rzadka!). szprycą wyciskać zgrabne "kwiatki" na natłuszczoną blachę (ja do takich celów używam czegoś, co wygląda jak czarny silikonowy papier, bardzo udany nabytek z lidla). posmarować drugim żółtkiem rozbełtanym z odrobiną wody i piec w piekarniku podgrzanym uprzednio do 200 stopni około 40 minut (aż ziemniaki się ładnie zezłocą).

gulasz


gulasz to sprawdzony sposób na zagospodarowanie jakiegoś przypadkowego kawałka mięsa wykopanego z zamrażarki przy okazji jej odgruzowywania. przyznam, że nie wiem, z jakiej części wieprzka powstał gulasz uwieczniony na zdjęciu. to najlepszy dowód na uniwersalnośc przepisu. w kazdym razie gulasz smakował bosko, podany z kaszą i kiszonym ogórasem:)
składniki: pól kilograma wieprzowiny, duża cebula, 2 marchewki, ząbek czosnku, 1 pietruszka, przyprawy (po kilka ziaren kardamonu, ziela angielskiego, pieprzu, liść laurowy, pół łyżeczki papryki słodkiej, szczypta chilli, trochę startego imbiru), kilka namoczonych grzybów suszonych, szklanka wina zaplatanego przypadkowo w lodówce, mąka, olej.
do foliowego woreczka wrzucić pokrojone w zgrabną kostkę mięso, 2 łyżki mąki i trochę soli, wymieszakć i usmażyc na oliwie, pod koniec dodając zmiażdżone przyprawy. kiedy mięso się ładnie zrumieni, zdjąć je z patelni, a na pozostałym tłuszczu usmażyć na złoto cebulę. dodać zmiażdżony czosnek i pozostałe, pokrojone warzywa. dodać wino i grzyby wraz z wodą, w której się moczyły. dusić długo, jak najdłużej, ale na malutkim ogniu. po mniej wiecej 2 godzinach gulasz powinien rozpływać się w ustach.

keftedes


...czyli greckie "mielone". mielone wszyscy bardzo lubimy, ale ileż można jeść te tradycyjne? wśród wariacji goszczących na naszym stole, często powtarzają się małe kuleczki o wyrazistym smaku, czyli keftedes.
składniki: pół kilograma mięsa mielonego (miałam wieprzowo-wołowe), jedno jajko, sól, pieprz, pół łyżeczki cynamonu, tyle samo kardamonu i imbiru, łyżeczka kminu rzymskiego (kumin), łyżeczka oregano, kilka łyżek bułki tartej. wszystkie składniki dokładnie wymieszać. dłońmi zmoczonymi w chłodnej wodzie (lub w oliwie) wyrabiać kulki wielkości orzecha włoskiego. smażyć w dużej ilości oliwy, osączyć na papierowym ręczniku. najlepiej smakują z sosem (najprostszy to jogurt naturalny bałkański, czosnek, sok cytrynowy).

łosoś pieczony















mama teraz dietuje, więc zaczęliśmy częściej jadać ryby. bo ryby mama może, a nawet powinna jeść na tej diecie. najlepiej możliwie beztłuszczowo przyrządzane, jak ten banalnie prosty łosoś pieczony. wrzucamy umyte i osuszone papierowym ręcznikiem dzwonko łososia na folię aluminiową, lekko (by nie zabić delikatnego smaku) przyprawiamy (sól, pieprz, grecka przyprawa do ryb, rozmaryn), skrapiamy sokiem cytrynowym i okładamy plasterkami cytryny (uprzednio sparzonej i wyszorowanej). pieczemy około pól godziny w piekarniku podgrzanym do 200 stopni. i już.

wtorek, 9 grudnia 2008

miniaturowa pizza


najpierw miałam pomysł, żeby pizze wycinać foremkami do ciasteczek, doszłam jednak do wniosku, że byłaby to naprawdę syzyfowa praca, bo takich maleństw pochłonęlibyśmy kilkadziesiąt. upiekliśmy więc i tym razem minipizze, łatwiejsze do jedzenia dla maluchów.
pizzę (i pitę) piekę według klasycznego niezawodnego przepisu. wykorzystuję suszone drożdże, bo zawsze są pod ręką i mogę z nich korzystać, kiedy mam ochotę. pizza sama w sobie jest bardzo lubiana przez dzieci, a kiedy pomagają w przygotowywaniu, wałkują ciasto, rozkładają dodatki i zaglądają przez szybkę do piekarnika - znika błyskawicznie!

ciasto: 2 szklanki mąki, łyżka suszonych drożdży, łyżka oliwy, pół łyżeczki soli. drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie (ilośc zależy od mąki, tym razem potrzebowałam około 1 szklanki). z mąki, soli, oliwy i rozpuszczonych drożdży wyrobić (ja wolę ręcznie) elastyczne ciasto. włożyć je do miski, przykryc lnianą ściereczką i odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce (lub do kucheni ustawiając program wyrastanie ciasta). gdy podwoi objętość rozwałkować i formować zgrabne małe placuszki. pizze smarować sosem i układać dodatki (mieliśmy tym razem szynkę parmeńską, plastry pomidora i ser niestety nie_mozzarella), a potem piec w jak najwyższej temperaturze (znowu pochwalę moją kuchenkę, ma specjalny program do pizzy i rozgrzewa się aż do 300 stopni). takie maluchy potrzebują około 5 minut. stylowo byłoby posypać pizze rukolą, ale "wyszła":)

sos do pizzy robię na zapas i zamrażam porcjami. jest bardzo prosty: puszka lub kartonik pulpy pomidorowej, zmiażdżony ząbek czosnku, zioła do smaku (bazylia, oregano, tymianek), 2 łyżki oliwy (mam jeszcze przepyszną kreteńską), kilka kropli octu balsamico. sos powinien się trochę "przegryźć" w lodówce.
smacznego!

sobota, 6 grudnia 2008

wyrób chińskopodobny


kiedy ostatnio zajrzałam do mojego zeszytu z przepisami, prowadzonego jeszcze za peerelu, nieźle się uśmiałam. chociaż, czy to naprawdę śmieszne, że wszystko trzeba było zastępować czymś innym? najgorzej rzecz się miała z potrawami azjatyckimi, zwanymi chińszczyzną. nie było nic, nawet imbiru. brało się więc kurczaka, pokrojonego w paseczki julienne selera (zamiast pędów bambusa), dużo pieprzu i ostrej papryki w proszku (zamiast wszystkich przypraw), maggi (czy też raczej "przyprawę do zup w płynie", bo prawdziwego maggi też przecież wtedy nie było) zamiast sosu sojowego, smażyło się i podawało z ryżem:) na prawdziwą chińszczyznę chodziło się do chińskiej restauracji, która była wtedy w warszawie jedna albo do towarzystwa przyjaźni polsko-chińskiej na senatorską, gdzie energiczne panie serwowały coś, co bylo piekielnie ostre i smaczne, ale nie jestem pewna, czy aby chińskie:)
kiedy pewnego razu stałam przed lodówką zastanawiając się "co by tu dzisiaj na obiad", wpadłam na pomysł ugotowania takiej właśnie pseudochińszczyzny, zaimprowizowanej z tego, co jest. z - powiedzmy - azjatyckich komponentów miałam oprócz sosu sojowego kiełki sojowe w puszce, przyprawę 5 smaków w proszku oraz ryż jaśminowy.



składniki: trzy piersi kurczaka, włoszczyzna, cebula, kiełki bambusowe, boczniaki, przyprawa 5 smaków, imbir, sos sojowy, węgierska pasta paprykowa, mąka ziemniaczana, olej, ryż jaśminowy.
kurze piersi pokroić w niedużą kostkę i zamarynować w sosie sojowym i imbirze. podsmażyc na oleju z posiekaną cebulą. dodać boczniaki, drobno pokrojoną włoszczyznę (bez pora) i grzyby. smażyć mieszając na ostrym ogniu przez kilka minut. zalać 1,5 szklanki zimnej wody z pastą paprykową, przyprawą 5 smaków i 2 łyżkami mąki ziemniaczanej. dusić jeszcze kilka minut, dodać pokrojonego pora i osączone z zalewy kiełki. podawać z ugotowanym na sypko ryżem.

taka jednogarnkowa potrawa świetnie nadaje się do kucharzenia z dziećmi. maja z przejęciem kroiła warzywa (tępym norzem, więc nie bardzo się udawało), a potem skrzaty radośnie sypały do garnka przyprawy.

smacznego!